Architekci – Warszawskie Legendy Tom I

34,99 

Kategoria:

Opis

Młode małżeństwo z Białołęki boryka się z problemami życia codziennego. Kredyty, ciągły stres i nieprzespane noce to ich chleb powszedni. Brakuje im czasu dla siebie i dla syna. Pewnego dnia Konrad budzi się rano, ale gdy otwiera oczy, przenosi się do projekcji Architekta, z której ledwo udaje mu się uciec. W pogoń za nim rusza Tadeusz Szewczyński, zmieniając życie mieszkańców Warszawy w chaos. Chcesz poznać potęgę umysłu i przekroczyć granice poznania własnej świadomości? Zamknij oczy. Weź głęboki oddech i śnij. Czujesz jak wszystko wokół Ciebie faluje?

ISBN: 9788395449703

Premiera: 21 lipca 2019

Liczba stron: 184

Okładka: miękka

Cena książki papierowej: 35 zł

Cena e-booka: 34,99 zł

Dodatkowe informacje

Waga 0.3 kg
Wymiary 148 × 210 × 2 cm
Fragment

Synek z żoną jeszcze smacznie spali. Słyszałem, jak głośno oddychali – wprawiło mnie to w melancholijny nastrój. Z jednej strony byłem szczęśliwy, a z drugiej – brakowało mi kontaktu z synem. Praca nie dawała mi takiej satysfakcji jak dawniej. Pasja stała się zwyczajną rutyną, w której powoli traciłem sens życia. Na szczęście miałem wyrozumiałego szefa, a po pracy żmudnie rozwijałem własny biznes. Uśmiechnąłem się sam do siebie, wyciągnąłem na łóżku i powoli otworzyłem oczy. Poczułem na policzku przyjemny dotyk ciepłych promieni słonecznych. Oślepiający blask na dłuższą chwilę pozbawił mnie wzroku. Gdy spróbowałem wstać, nagle poczułem potężne uderzenie gorąca, a pod rękami nie tkaninę, ale małe ziarenka, przypominające w dotyku piasek lub żwir. Przerażony szybko zerwałem się na nogi i stanąłem tyłem do promieni słonecznych.

Przede mną roztaczał się widok Starego Miasta skąpanego we mgle. Nie było widać Pałacu Kultury i pozostałych wieżowców wznoszących się nad centrum. Wisła leniwie płynęła naprzód, zabierając ze sobą połamane drzewa i śmieci wyrzucone przez ludzi. Stałem oszołomiony. Dopiero po kilku sekundach do mojego mózgu dotarły sygnały z informacją, że jestem całkiem nagi. Czułem pod stopami tysiące malutkich ziarenek piasku i kamyków, które uwierały jak źle dopasowane buty. To wszystko wydawało się bardzo dziwne, zwłaszcza że kompletnie nie pamiętałem wydarzeń z ostatnich 24 godzin. Przez chwilę zastanawiałem się, w jaki sposób tu trafiłem, ale mój umysł zaczął zadawać jeszcze więcej pytań. Najmniej w tej całej sytuacji martwiłem się tym, że czeka mnie godzinny spacer z Pragi na Białołękę. Najbardziej bałem się reakcji małżonki, która była strasznie przewrażliwiona. Robiła awanturę o byle błahostki. Momentami już nie wytrzymywałem, ale byłem z nią, bo ją kochałem. Czułem się jak pies na łańcuchu: szczęśliwy, że dostaje jedzenie, picie i od czasu do czasu jakąś pieszczotę. Wiedziałem jednak, że po takim wybryku mogę wylądować z walizkami na klatce schodowej. Miałem jednak cichą nadzieję, że spotkam panów w mundurach i czas powrotu do domu wydłuży się o kolejne kilka godzin. Drzemka w celi aresztu na Hożej to nie najgorsza perspektywa, przynajmniej tak mi się wydawało. Mandat byłby swoistą nagrodą w tej sytuacji. Przerażało mnie tylko jedno – spotkanie z moją żoną. Nie wytłumaczyłbym się z tego – tym bardziej, że nic nie pamiętałem z wczorajszego wieczoru. Rozejrzałem się wokół. Plaża świeciła pustkami. Wybrzeżem Szczecińskim przejechał jeden czerwony samochód, chyba ford mustang, lecz byłem za daleko, by stwierdzić to na pewno. Spokój i ciszę mąciły od czasu do czasu odgłosy natury, w tym spiesznie przelatujące ptactwo. Nieźle, pomyślałem. Ostatnio brakowało mi nawet czasu, aby wyjść z synem na plac zabaw. Pieniądze, praca – tylko to liczy się w dzisiejszych czasach. Próbowałem to ciągle zmienić, lecz nadal byłem w punkcie wyjścia. Łapałem różne małe zlecenia i od czasu do czasu sprzedawałem rysunki postaci małym firmom tworzącym gry. Nie było z tego dużych pieniędzy, ale dzięki temu zacząłem tworzyć podwaliny pod własną firmę.

Rozejrzałem się jeszcze raz wokół siebie, aż nagle usłyszałem wycie syreny, które wwiercało się w moją głowę. Z każdą sekundą było coraz silniejsze. Wypatrywałem samochodu służb porządkowych, karetki lub straży pożarnej, lecz żaden pojazd nie pojawił się na horyzoncie. Rozglądałem się nerwowo, żeby ukoić rozdrażnienie: sygnał pojawiał się w różnych odległościach i z różnych stron, aby nagle zniknąć z pola słyszenia. Nastała niepokojąca cisza, którą przerwał szmer rozmowy. Szybko odwróciłem się w stronę rzeki, znad której dobiegały odgłosy. Nad brzegiem Wisły stało dwóch policjantów. Byli czymś wyraźnie poruszeni. Nie widziałem w pierwszym momencie, co to jest, jednak gdy jeden z nich odszedł krok dalej, odsłonił znalezisko. Żołądek podszedł mi do gardła. Na piasku leżały zwłoki mężczyzny. Podszedłem bliżej, by się lepiej przyjrzeć. Policjanci nie zwrócili na mnie uwagi, nawet nie spojrzeli w moim kierunku. To było bardzo dziwne uczucie. Stanąłem naprzeciwko jednego z nich, a mężczyzna nawet nie zamrugał. Wpatrywał się tępo w zwłoki, a jego twarz była kompletnie nieruchoma i nie wyrażała żadnych emocji. Uszczypnąłem się na wszelki wypadek, lecz poczułem tylko ból, tak realny jak piasek, który dotykałem stopami.

– To architekt, który rzucił się wczoraj z mostu – powiedział jeden do drugiego, pokazując mu dowód osobisty znaleziony w portfelu ofiary.

– Nic tu po nas, trzeba zadzwonić do centrali i poczekać na kryminalnych – odparł drugi, gdy obejrzał dokument.

Zrobiłem kilka kroków do przodu i przyjrzałem się dokładniej zwłokom. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że znam tego faceta. Kurwa, to nie możliwe!, pomyślałem, gdy wreszcie zrozumiałem, do kogo należało ciało. To były moje zwłoki! Przerażony, obejrzałem je dokładnie. Były ubrane w czarną koszulę i granatowe, materiałowe spodnie, które założyłem na wczorajszą kolację z żoną. Twarz spuchła i pokryła się zanieczyszczeniami, przez co z trudem mogłem stwierdzić, że to ja, ale charakterystyczna obrączka na prawej ręce mówiła sama za siebie. Zdjąłem przedmiot z palca zwłok i obróciłem go w ręku. Wewnątrz dostrzegłem wygrawerowane imię mojej żony. Nawet data ślubu się zgadzała. Załamany, opadłem bezsilnie na kolana i zacząłem szlochać. Trwałem w tej pozie kilka minut, nie zwracałem uwagi na jakiekolwiek dźwięki otoczenia. Miałem wrażenie, że wszystko umilkło. Zapanowała dziwna, głucha cisza. To tak, do cholery, wygląda życie po śmierci? Ciągle zadawałem sobie to pytanie, aż nagle usłyszałem za sobą metaliczny, dudniący głos.

– Chciałbyś umrzeć, ale przed nami nie ma ucieczki. Będziesz pragnął tego, błagał o to, a i tak będziesz żył w swoich projekcjach.

Szybko oprzytomniałem, wstałem i odwróciłem się w drugą stronę. Ujrzałem postać o zniekształconych rysach twarzy, ubraną w dziwny strój, który zdawał się żyć. Czarne szpony z dziwnej materii cały czas się poruszały. Miałem wrażenie, że czekają tylko na rozkaz swojego pana, aby wbić się w nieszczęśnika i zgasić w nim ostatnią iskierkę życia. Poczułem na plecach ciarki, w brzuchu złapał mnie skurcz. Nie mogłem złapać oddechu, chociaż nikt mnie nie dusił. Postać stała niewzruszona.

– Zabawna sytuacja… Pierwszy raz widzę architekta, który zabija się we własnej projekcji – powiedziała postać z lekkim uśmiechem na twarzy, a raczej tym, co go udawało.

Nagle poczułem delikatne ukłucie, które zamieniło się w potężny ból; czułem, jak ziemia osuwa się pode mną, a świat znika za ciemną zasłoną nocy. Wszystko ucichło, nie odczuwałem już żadnych bodźców, ogarnął mnie spokój i coś jakby szczęście. Byłem w próżni przez dłuższą chwilę, gdy znów poczułem dotyk: tym razem jednak nie był to piasek, ale gładka i delikatna skóra. Otworzyłem powoli oczy, obawiając się, że znów będę przeżywał ten koszmar, lecz ku mojemu zdziwieniu byłem znów w łóżku z rodziną.

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o „Architekci – Warszawskie Legendy Tom I”

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o „Architekci – Warszawskie Legendy Tom I”

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *